2018 I 22 – My ludzie prości, twardej ręki nam trzeba

Wpadł mi w ręce niezwykły artykuł gazetowy  >>„O tyranach”<<. Czytałem go z rosnącym zainteresowaniem, ujęty elokwencją autora, jego dosadnymi wywodami i nieco archaicznym językiem. Jakże byłem zdziwiony, gdy na końcu okazało się, że autorem jest świetny (niestety w Polsce mało znany) Karel Čapek, który pisał te do dziś aktualne słowa w 1926 roku.

Gdy zarysowała mi się w głowie myśl spisania mojej osobistej opinii o dzisiejszej sytuacji w naszym kraju – zupełnie przypadkiem zobaczyłem w witrynie księgarskiej książeczkę „o tyranii” Timothego Snydera i po chwili już czytałem ją w odjeżdżającym autobusie.

Snyder maluje czarny scenariusz budzenia się tyranii:

„Kiedy uzbrojeni ludzie zakładają mundury i zaczynają maszerować z pochodniami i zdjęciami przywódcy, koniec jest bliski. Gdy popierające przywódcę bojówki mieszają się z policją i wojskiem, jest już po wszystkim.”

Każda dyktatura, tyrania zaczyna się od próby wprowadzania niewielkich zmian. Jak powiedział prof. Philip Zimbardo:

„Na początku jest ograniczenie wolności słowa, później kontrola mediów, następnie kontrola sądownictwa, później politycy zastępują wybieralnych przedstawicieli, następnie więzieni są krytycy reżimu, kolejny krok to odwoływanie wyborów, później władza wojskowa bądź religijna i w ostateczności całkowita dominacja polityczna.”

Zasadę trójpodziału, władzy jako ochrony prawa przed dyktaturą, przed państwem policyjnym, wymyślono już w  XVIII wieku. Dążeniem każdego tyrana,  jest skrycie lub jawnie zamienić ten trójpodział w fikcję, w której władza państwowa może wszystko, bez ograniczeń.

Zarówno historia wojen, jak i prowadzone w warunkach pokoju eksperymenty Milgrama z 1961 i 1962 roku czy eksperyment więzienny Stanford (1971) Philipa Zimbardo, udowodniły, że metodami manipulacji psychicznej z każdego niemal człowieka można łatwo zrobić posłuszną władzy, dziką, bezlitosną bestię.

Postawię tu nieco anarchistyczną tezę – KAŻDA władza państwowa to system przemocy. Istotne jest tylko, czy ta przemoc odbywa się w granicach prawa. I to w granicach cywilizowanego prawa, bo tyran a przynajmniej ich większość zmienia prawo tak, aby tę cechę cywilizacji zatraciło – aby zamiast bronić obywateli, karać ich za każdy przejaw braku uległości. Cechą tyranii jest niszczenie opozycji siłą i rządzenie strachem – bez oglądania się na jakiekolwiek prawo.

W każdym kraju, w każdym społeczeństwie są ludzie niezaradni, najczęściej też niewykształceni, którzy winę za swoje nieudane życie, za niedostatek przypisują wszystkim, tylko nie sobie. To ludzie najpodatniejsi na indoktrynację i demagogię.

Władza celowo wskazuje ludowi rzekomych wrogów, którzy maja być winni ich biedzie.  Popularyzowanym przez władze wzorcem staje się agresja, nietolerancja  i chamstwo. Tymi, którzy ulegają rządowej propagandzie łatwiej rządzić, tacy ludzie spełnią każdy rozkaz swoich panów.

Władza rzuca demagogiczne hasła – a ciemny lud łyka je jak gęś kluski. Wystarczy krzyknąć, że złodzieje rozkradli Polskę – a niektórym już żadnych dowodów nie potrzeba. Przy wrzasku iście goebbelsowskiej propagandy czarującej ciemny lud, głosy prawdy brzmią jak pisk przyduszonej myszy. Ktoś mi zarzuci, że gardzę ludem. Nic podobnego! Gardzę ludźmi, dla których jedynym motorem działań jest nienawiść i głupota…

Powiedzieć – że w Polsce źle się dzieje – to tylko eufemizm. Jesteśmy świadkami, jak przy poparciu wielkiej części społeczeństwa dość wątła polska demokracja zamienia się w kult jednostki i tyranię – w podobny sposób, jak to stało się np. w Niemczech w 1933 roku, gdy Hitler demokratycznie sięgnął po władzę, a potem niepotrzebne już pozory demokracji odrzucił. Tak jak wtedy – śmiejemy się z marionetkowości tyrana – i nagle może być za późno.

Tak jak w stalinowskich czasach, władza upowszechnia nowe obelgi do dyskredytowania jej przeciwników : „komuchy”, „ZOMO”, „bezpieka”, „oderwani od koryta”, „układ”, „łże-elity”, „wykształciuchy”, „pokolenie SB”, „lumpeninteligenci”- gołosłowne inwektywy kompletnie bez pokrycia, ale trafiające do uszu tzw. „ludu”. A przecież prawdziwych „komuchów” nie brak i w rządzącej partii, a skok pisowcow na rządowe posadki przekracza wszelkie poprzednie nepotyzmy i historie dyrektorów „przynoszonych w teczkach” za czasów PZPR.

Bez możliwości obrony, bez jakiegokolwiek indywidualnego przewodu sądowego niszczy się ludzi, który pracowali w instytucjach uznanych odgórnie i w całości za przestępcze.

Za takie instytucje uznano w całości milicję i jej wojskowy odpowiednik WSW. A przecież gros funkcjonariuszy tych instytucji łapało całe życie złodziei, morderców i oszustów, mając ideologię głęboko gdzieś…. Ale bezapelacyjnie, bez możliwości odwołania narzucono znak równości: jakikolwiek funkcjonariusz państwowy=donosiciel bezpieki!

Bez echa przeszła odpowiedź ministra spraw wewnętrznych, który lekarzowi skrzywdzonemu odebraniem emerytury za pracę w instytucji rządowej oświadczył – że odbieranie emerytur nie będzie dotyczyło Powstańców Warszawskich(!). Znów  nie ocenia się człowieka, jego dokonań czy jego win – ale wskazuje jakieś mityczne uzasadnienia wyjątków. Czyż były Powstaniec nie może stać się donosicielem i katem? A czyż były milicjant łapiący kryminalistów nie może być porządnym człowiekiem?  Tak jak to czyniła komuna – odgórnie dzieli się ludzi na „dobrych” i na „wrogów”.

Za czasów komuny „dobrymi” byli np. żołnierze Berlinga a „wrogami” do których lepiej się było nie przyznawać byli Akowcy czy żołnierze Andersa. Obecna propaganda robi dokładne to samo – zamieniono tylko „wrogów” z „dobrymi”. Oczywista argumentacja, że żołnierz nie wybierał do którego oddziału go wcielili, że każdy walczył o swoją Ojczyznę, a nie o jakąkolwiek ideologię – do zapiekłego w nienawiści ludu nie trafiają.

Polityczny ekstremizm i skrajny nacjonalizm podaje się ludowi jako patriotyzm. Wzorcem patriotyzmu  czy nawet kultury zaczyna być cham, chamstwo zaczyna się oficjalnie gloryfikować i tworzyć z niego wzorce zachowania. Szermując tym rzekomym patriotyzmem wbija się do chętnych głów hasła godne ulicznych mafii – że ten który mieszka „na innej ulicy” jest wrogiem, jest gorszy, że zaszczytem jest go pobić czy zniszczyć jego mienie.

W blasku fleszy władza aresztuje rzekomych przestępców oznajmia że „ ten człowiek już nikogo więcej nie zamorduje”, czy oznajmia o wykryciu jakichś gigantycznych korupcji – a potem po cichu wypuszcza się aresztowanych, bo oskarżenia były wyssane z palca. Jakże tęsknić muszą niektórzy ministrowie do czasów,  kiedy w latach pięćdziesiątych każde oskarżenie można było „udowodnić” – bez żadnych dowodów….

Organy władzy przymykają oczy na coraz bardziej jawną działalność neo-nazistów, szczycących się hitlerowskimi symbolami i  otwarcie gloryfikującymi przemoc. My wiemy, do czego doprowadził Hitler. Kiedy władze się obudzą?

Smutne, że potężny  i bardzo opiniotwórczy polski kler jawnie  pobłaża narastającej fali agresji i nienawiści, która jest przecież zaprzeczeniem chrześcijańskiego etosu.

Partia rządząca, by zapewnić sobie elektorat świadomie i cynicznie skłóciła naród, wydobyła z obywateli najgorsze cechy ludzkie: zawiść, mściwość, chamstwo, rasizm, ksenofobię.

W oficjalnej partyjnej retoryce rządzących nie ma miejsca na półśrodki: albo jesteś „prawdziwym  Polakiem” – w praktyce wrzaskliwym, agresywnym nacjonalistą, albo należysz do „wrażych elit”, „zdradzieckich mord”, „kanalii”  i.t.p.

Ja nie mam powodu chwalić PRL-u. Wyrosłem w rodzinie, która nie przez wojnę – ale przez zmianę ustroju straciła niemal cały dorobek pokoleń, której członkowie musieli emigrować z rodzinnego Krakowa, która przeżyła wiele rewizji i nalotów bezpieki, której członkowie zostali przez lata zmuszeni do życia z głodowych pensji, do wyprzedawania resztek rodzinnych pamiątek. Ale nikt z członków naszej rodziny nigdy nie zapisał się do PZPR (na marginesie – znam bardzo porządnych ludzi, którzy byli w PZPR), a nasi bliscy kształcili się, zdobywali tytuły naukowe i profesorskie, osiągali poważne stanowiska w instytucjach naukowych. To ówczesne szkolnictwo wykształciło i wychowało także wszystkich dzisiejszych prominentów z partii rządzącej.

Żyliśmy ze świadomością  daru od losu, że nikt z nas nie został aresztowany przez bezpiekę, że nikt nie został przymusowo skierowany do pracy w kopalni – jak wielu znanych nam potomków „kapitalistycznych” rodzin. Przez lata musieliśmy pisać w niezliczonych ankietach i życiorysach socrealistyczny eufemizm: „pochodzenie – inteligencja pracująca”.  Przez lata niektórzy z naszej rodziny musieli ukrywać przynależność do AK, a niektórzy byli wzywani na liczne, poniżające przesłuchania w tej sprawie.

Nie mam powodu chwalić PRL-u,  ale oddaję tym latom sprawiedliwość. Niemal wszyscy z nas zdobyli wykształcenie, dopracowali się stabilizacji życiowej – i to nie kradnąc, czy „kombinując” – ale po prostu – aktywnie i świadomie pracując. Na naszych oczach „wraże” komunistyczne władze odbudowywały powojenne ruiny, budowały tysiące mieszkań, których ciągle było za mało, rozwijały szkolnictwo i budowały liczne – choć czasem zupełnie niepotrzebne fabryki. Rósł poziom życia, choć przez lata był nieporównywalny z Zachodem. W każdej  niemal rodzinie pojawiały się z trudem zdobywane czy „załatwiane” telewizory, pralki i samochody. Wyjeżdżaliśmy za granicę, nawet na Zachód, choć dla dzisiejszego obywatela kłopotliwe starania o każdorazowy przydział mikroskopijnej ilości dewiz, czy każdorazowe(!) wypełnianie wielkostronicowych, gigantycznych ankiet paszportowych byłyby chyba nie do pokonania. Musieliśmy się gęsto tłumaczyć z posiadania krewnych za granicą lub ukrywać ich istnienie.

Dziś to już historia, ale historia nieustannie wypaczana, zmieniana przez odgórną propagandę i opluwana.

Trzeba mieć jednak świadomość faktu, że w historii choć bardzo trudno udowadnia się prawdę, to kłamstwa historyczne po latach bardzo łatwo zdemaskować. Że jak w czasach naszej młodości uczyliśmy się faktów  historycznych nie w oficjalnej szkolnej nauce, ale od rodziców, znajomych, a czasem i od ryzykujących posadę nauczycieli. Teraz też nie damy sobie wmówić, że Solidarność i wolna od „opieki” Związku Radzieckiego Polska to nie dzieło Wałęsy i wspierających go ludzi lecz  jakichś postaci naprędce wyciągniętych z kapelusza przez obecną władzę.

   Ludowi się wmawia, że gdy ministrowie będą decydowali o WSZYTKIM – tak jak kiedyś sekretarze KC – to w Polsce zapanuje dobrobyt i sprawiedliwość. Nie! – wiara w takie bzdury (choć powszechna) dowodzi tylko naiwności i nieznajomości historii. Wiemy jak skończyły faszyzm i komunizm – a one właśnie działały na zasadach wszechwładzy i nieomylności partii rządzącej dowodzonej przez gloryfikowaną jednostkę – współczesnego tyrana.

Praworządność to stan, gdy nie jesteśmy zależni od kaprysów jednostki.  Gdy nie decydują odgórnie  prywatne preferencje tyrana,  jego prywatne pomysły, jego uprzedzenia, jego nienawiść, a czasami jego głupota.

Rządy prawa – to niezależne od władzy,  przejrzyste, ogólne zasady, jednakowe dla każdego obywatela. Trójpodział władzy, to właśnie narzędzie, które taką niezależność ma zapewniać. To podstawa KAŻDEJ prawdziwej demokracji. A pamiętajmy, że demokratyczne wybory to narzędzie bardzo ułomne. Wystarczy postawić pod głosowanie odpowiednio demagogicznie sformułowany, bezmyślny wniosek – i już słyszymy głos ludu: Kto głosuje za tym, by jakaś ponętna celebrytka rozebrała się do naga? Kto jest za tym by odebrać majątek najbogatszym? Kto jest za tym by wypędzić obcych z naszego osiedla? – i tak zamiast demokracji rodzi się skrajny populizm i rewolucja – które nie mają ze sprawiedliwością niczego wspólnego.

Wmawianie nam, że PiS reprezentuje nasz naród, to kalka stwierdzenia,  że  PZPR rzekomo reprezentowała klasę robotniczo-chłopską. To po prostu polityczna fikcja i cyniczna chucpa rządzących.

Skąd bierze się ta łatwość, z którą tyran ujarzmia lud? Niestety, od wieków do dziś można usłyszeć głosy godne carskiego, niepiśmiennego chłopa:
„My ludzie prości, twardej ręki nam trzeba….”

oby to był tylko zły sen…

p.s. – powyższy artykuł opublikowała Gazeta Wyborcza: http://wyborcza.pl/7,95891,22940306,my-ludzie-prosci-twardej-reki-nam-trzeba.html

XI 5 – PRZEMIJANIE I NOSTALGIA

Ten rok boleśnie przypomniał mi czym jest ludzkie życie. Odeszła bliska mi osoba, odeszły także inne wspaniałe i cenione postacie, które znałem tylko z oddali. Często powtarzamy  że ci, nam bliscy, pozostawiają po sobie pamięć… Czymże jest ta pamięć – ulotna i nietrwała, ograniczona leniwą i roztrzepaną uwagą potomnych? Czy są to tylko wspomnienia przy wigilijnym stole, gdzie tradycyjnie stało puste nakrycie – może dla niespodziewanego gościa, a może dla tego, który już przy tym stole nie usiądzie…

      …I choć przygasł świąteczny gwar, 
      Bo zabrakło znów czyjegoś głosu… 

Odchodzą niezwykli ludzie z pasją, pozostawiając po sobie niepowtarzalne dzieła, a większość z nich i tak po pewnym czasie trafia do piwnicy lub na śmietnik.

Właśnie minęły Zaduszki i dla upamiętnienia bliskich zapalaliśmy im znicze. Jednak to porządkowanie grobów, te wieńce, te zapalane przez nas, mrugające w nocy światełka stają się z czasem jakimiś mechanicznymi czynnościami, które coraz mniej mają wspólnego z pamięcią o tych, których już nie ma. Pamięć przemija bardzo szybko, mimo iż tego się w głębi duszy wstydzimy. Wspominamy najczęściej tych – których brak szczególnie boleśnie odczuwamy,  którzy niedawno odeszli, którzy zostawili nas na tej ziemi.

Niektórzy tworzą dzieła, piszą książki, pracują nad wynalazkami, malują obrazy. Czy to robią dla idei, dla potomnych, czy może raczej dla siebie, by nadać jakiś sens swojemu życiu?  By pozostawić jakiś namacalny ślad – że żyli, że pracowali, że pozostawili po sobie coś, co może nie przeminie.

Oglądałem niedawno jakiś film o końcu naszego świata. Cóż będą warte wszystkie nasze dokonania, wszelkie wspomnienia, najszczytniejsze zasługi – jeśli nasz świat przestanie istnieć?

Takim końcem świata dla każdego z nas  staje się zapominanie najbliższych nam osób, które w miarę upływu czasu, w miarę przemiany pokoleń, nawet mimo naszych starań odchodzą w niepamięć i w najlepszym przypadku stają się umieszczanymi gdzieś portretami.

Każdy z nas odejdzie – i nie ma żadnego wpływu jak i kiedy to się stanie.
Może właśnie dlatego desperat‑samobójca podejmuje tę dramatyczną, straszną i niepotrzebną decyzję by samemu sobie udowodnić że ma jednak jakiś wpływ na swój los.

Osoby, które w swoim środowisku zasłużyły na uznanie, cieszą się tą doczesną opinią – ale czas jest nieubłagany i ten ostateczny wyrok zawsze kiedyś nadejdzie. To na co pracowali, czego się dorobili, czym się zasłużyli – będzie albo uszanowane, albo roztrwonione i zapomniane i nikt z tych którzy odeszli nie ma na to żadnego wpływu. Co zostanie po nas?

Skandaliczne decyzje rządzących, uparte propagowanie kłamstw historycznych przekonają nas z czasem nawet do tego, ze „Kopernik była kobietą”.  Prawda nie zawsze obroni się sama, czasem zginie zalana uparcie na nią wylewanymi pomyjami i tak zgaśnie pamięć należną wielu osobom.

Co wobec tego prze do czynu świadomych, inteligentnych ludzi? Czy altruizm, chęć pomocy innym i staranie pozostawienia świata lepszym niż był? A może to ukryte gdzieś głęboko w świadomości pragnienie przetrwania w pamięci ludzi – przez swoje dokonania?

Odejdą wszyscy. I ci wspaniali, lubiani, mądrzy i błyskotliwi, zasłużeni dla innych i ci, którzy niszczyli, nienawidzili i szczuli ludzi na siebie.

Po niektórych zostaną pomniki, a nieprzewidywalny los z czasem niektóre pomniki zburzy. Inni, cisi i nie wyróżniający się, którzy nie walczyli o władzę, autoreklamę i doczesną potęgę odejdą w niezasłużonym zapomnieniu…

Zawsze w Święto Zmarłych staram się zapalić światełko na czyimś opuszczonym, bezimiennym grobie – to taki wyraz pamięci dla wszystkich, których już nie ma, o których być może niesłusznie zapomniano.

My odchodzimy, ale wciąż rodzą się nowe dzieci, nowi ludzie – którzy zajmą z czasem nasze miejsce, a z czasem i o nas zapomną. Przy Wigilii zaśpiewajmy kolędy i dla tych, których już nie ma i dla tych którzy przyszli na świat…
Cieszmy się życiem póki trwa, ta radość to najważniejsze co możemy w życiu osiągnąć.
http://anna-staniszewska.art.pl/

      Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
      Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
      Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas, 
      I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.

/Szymon Mucha – Kolęda dla nieobecnych, muz. Zbigniew Preisner/

 

VIII -15 Świeto Wojska Polskiego

Gdy słuchając POLSKIEGO HYMNU stajemy na baczność – oddajemy w ten sposób cześć i okazujemy szacunek..

Ale komu? Przecież w takim momencie nie oddajemy honorów ani rządowi, ani ministrom, ani żadnym politykom – oddajemy cześć naszej Ojczyźnie – Polsce.

Można okazać cześć Ojczyźnie w różny sposób – także aktywnie pracując, aby ją budować, rozwijać ulepszać – ale jest coś największego i najcenniejszego co możemy zaoferować Ojczyźnie. To  postawienie na szali własnego życia – gdy trzeba jej bronić.

Przez całe dzieje Polski nasi żołnierze stawali do boju, wtedy gdy wróg atakował – lub gdy trzeba było Polskę wyrwać z niewoli.

Gdy tylko odrodziła się Polska – żołnierze zrzucali mundury zaborców i stawiali się pod polskie sztandary. To właśnie ci żołnierze – Polacy, ich bitność, odwaga, ich ciągle nie gasnący patriotyzm umożliwiły odrodzenie się Polski po zaborach – gdyż zaborcy zaczęli się liczyć z tak potężna siłą.

Historia nie jest ani prosta, ani dopasowana do naszych chęci. Historii nie zmienimy żadnymi publikacjami pisanymi na potrzeby bieżącej polityki.
Historia jest pamięcią, świadomością narodu i nawet lata tłumienia prawdy nie potrafią jej zniszczyć.

Polscy żołnierze walczyli pod różnymi sztandarami, w różnych armiach. W powojennym PRL-u usiłowano zniszczyć i zniesławić historię żołnierzy Armii Krajowej i historię żołnierzy walczących u boku zachodnich Aliantów. Mechanizmy bezpieki niszczyły tych żołnierzy także fizycznie – zabijając ich, wtrącając do więzień, czy pozbawiając prawa do pracy, prawa do studiów.
Nie pomogła potężna machina propagandowa, gdy obróciło się koło historii żołnierze ci odzyskali należna im cześć – niestety, wielu z nich tego nie dożyło.

Willis jako sanitarka

W dniu Święta Wojska Polskiego pod pomnikiem Obrońców Helu stanął wspaniały symbol wspólnej walki przeciw Niemcom. To najsłynniejszy pojazd wojskowy Willis – popularny na wszystkich frontach, na niemal wszystkich kontynentach. woził żołnierzy wszystkich armii – zarówno sowieckich oficerów politycznych jak i amerykańskich, brytyjskich, czy polskich generałów, oficerów i żołnierzy..

Nie wszystkim się spodoba, co teraz powiem, ale prawda czasem boli…
Z tragedii tych którzy walczyli o Polskę i w nagrodę otrzymywali tortury i więzienia nie wyciągnięto wniosków. Zmienne fale polityki wciąż usiłują zohydzić a naszych oczach innych Polaków, którzy trafili do armii idącej do Polski pod skrzydłami Armii Czerwonej. Ci wszyscy żołnierze nie myśleli o ideologii – myśleli tylko jak bić znienawidzonych Niemców, jak oswobodzić swój kraj. Teraz  znowu – innym  żołnierzom, bez jakiegokolwiek indywidualnego oskarżenia i bez wyroku, karnie zabiera się emerytury.

Ktoś powie – jak takie sprawy można wyciągać z okazji święta? Właśnie dziś trzeba o tym mówić i myśleć, nie można zlekceważyć nikogo z żołnierzy, gdyż to oni, dla Ojczyzny, rzucili kiedyś „na stos swój życia los” – jak śpiewa się w pięknej i znanej pieśni.

A ja tak bardzo chciałbym,  żeby dzisiejsze święto było naprawdę świętem WSZYSTKICH żołnierzy.

Żołnierz nie jest politykiem i nie powinien nim być. Polska armia dwudziestolecia międzywojennego szczyciła się swoją apolitycznością. Gdy zaatakowała nas w 1919 r. bolszewicka Rosja –  w naszej armii ramię przy ramieniu stanęli żołnierze wszystkich przekonań, różnych wyznań – a nawet różnych narodowości. Stanęli, by bronić niepodległości Polski i Europy przed zalewem komunizmu. W sierpniu 1920 r. ta mobilizacja wszystkich sił – zarówno strategiczne planowanie jak i bitność każdego z żołnierzy (których ponad

Alegoria zwycięstwa 1920 – Zdzisław Jasiński

5 tys poległo w Bitwie Warszawskiej!) –  zadecydowały o ocaleniu Polski.

Dzisiejsze święto ustanowiono na pamiątkę tego zwycięstwa, na pamiątkę dni w których wszyscy Polacy zjednoczyli się we wspólnej sprawie,

To upamiętnienie historycznego rodowodu i tradycji naszego wojska.
Dzisiejsze święto to wspominanie  naszych rodaków, którzy w różnych latach, w różnych armiach i na różnych frontach walczyli o jedno i to samo – o to, żebyśmy my, mogli dziś żyć w pokoju.

VII 16 – Jak Helena trafiła do Helu (o topoli i nie tylko)

http://news.hela.com.pl/wp-content/uploads/2017/07/Tabliczka-Helena.jpegPamiętam, że w Helu było kiedyś sporo wielkich topoli czarnych. To potężne drzewo, kiedyś sadzone jako ozdobne – ale drewno ma lekkie, miękkie i łamliwe i jest dziś często  uważane za „śmieciowe” więc na ogół traktowane bez większego szacunku. Przez lata obserwowałem, jak znikały w Helu kolejne topole.

Kiedyś, na topolę rosnącą przy ul. Wiejskiej przed leśniczówką wdrapał się kot. Siedział tam tak długo i rozpaczał, że w końcu pod drzewo zjechała ekipa ratunkowa helskiej Ochotniczej Straży Pożarnej. Wyciągnięto drabinę i strażak dopingowany przez licznych widzów wspiął się na nią i usiłował dosięgnąć kota. Kot jednak nie dawał się złapać, odsuwał się coraz wyżej i dalej i w końcu zapędzony w sytuację bez wyjścia rzucił się nagle z gałęzi na gałąź w dół i bez szwanku uciekł gdzieś między domy – przy aplauzie wiwatującego tłumu. Po tej topoli (chyba tam były nawet dwie?) nie został nawet ślad, drzewa ścięto kawałek po kawałku, by nie uszkodziły okolicznych domostw i tylko stali mieszkańcy jeszcze je pamiętają.

Rząd topoli rósł przy domkach kempingowych koło Domu Rybaka. Kiedyś w nocy w środku sezonu  zbudziło nas stukanie do drzwi – wstawajcie! – pali się!  Wszyscy wylegliśmy na taras z którego było widać potężne płomienie trawiące domki kempingowe i osmalające rosnące obok topole. Wśród naszych obserwatorów pojawiła się nagle pani z konewką w ręku. Zaniepokojony sąsiad spytał – czy ma zamiar „tym” gasić pożar – ale okazało się że korzystając z nieprzewidzianej pobudki podlewała tylko donice z roślinami na tarasie.

Spalone domki stały dość długo u stóp nadpalonych topól – po czym zniknęło najpierw pogorzelisko a potem także i wszystkie topole po kolei….

 

Przy helskim „rondzie” na rogu ulicy Wiejskiej i Bałtyckiej ostały się dwie wielkie stare topole. Stały samotnie przez wiele lat lecz jedną z nich pewnego roku pokonał sztorm. Z pozostawionego dołu pnia rzeźbiarz, pan Roman Kwiatkowski wyczarował nastrojową scenkę rodzajową – łódkę z rybakami wybierającymi sieci.

Ostała się do dziś jedyna potężna topola rosnąca na skraju  ronda.  Choć na ogół ocenia się że topole czarne dożywają 150 lat – to wiek tej, specjaliści oceniają na 200 lat! Ta topola została ustanowiona POMNIKIEM PRZYRODY przez Wojewódzką Radę Narodową w Gdańsku – Wydział Rolnictwa i Leśnictwa  orzeczeniem Nr 323 z 16 października 1973 roku,

Tego roku, gdy to drzewo kiełkowało, w okolicach Pucka urodził się Florian Ceynowa lekarz po uniwersytecie w Królewcu, znany przede wszystkim jako kaszubski działacz społeczny i narodowy, publicysta i pisarz.  W tym także roku urodzili się  Tadeusz Kościuszko i Maria Walewska. Hel był w tych czasach pruskim miasteczkiem zamieszkałym przez  niemieckojęzycznych protestantów. Napoleon Bonaparte od dwóch lat był już zesłany na Wyspę Świętej Heleny a w Prusach trzymał władzę król Fryderyk Wilhelm III.

Helska topola rosła i rosła towarzysząc politycznym zmianom i licznym wojnom. Z czasem Hel stał się częścią Polski i na półwyspie usadowiła się Marynarka Wojenna odrodzonej po 150 latach zaborów Rzeczpospolitej Polskiej. Bazę floty utworzono tu w dużej mierze dzięki uporowi i sile przekonywania szefa Służby Artylerii i Uzbrojenia MW – Heliodora Laskowskiego. Laskowski doprowadził do zakupienia w szwedzkiej firmie BOFORS czterech dział kalibru 152,4 mm dla najpotężniejszej polskiej baterii sytuowanej na końcu helskiego cypla. Gdy działa montowano już na helskim cyplu – schorowany komandor podporucznik Laskowski zmarł. Powstającą baterię nazwano jego imieniem.

Pod koniec 1938 dowódcą tej baterii mianowano kapitana Zbigniewa Przybyszewskiego młodego, wyróżniającego się oficera artylerii, od trzech lat żonatego z Heleną Poważe, siostrą kolegi ze Szkoły Podchorążych.

Helena Przybyszewska rozpoczęła pisanie dziennika. W jednym z ostatnich przed wojną zapisów Helena odnotowała:
„Szczęśliwe lato 1939 roku na Helu! Wymarzona pogoda, gorący piasek i ciepłe, rozsłonecznione morze. Plaża tuż przed domem….”  
Zaraz potem musiała pilnie ewakuować się z córeczką do Gdyni – w każdej chwili oczekiwano wojny…

W czasie kampanii wrześniowej 1939 r.  Zbigniew Przybyszewski potwierdził słuszność założeń Heliodora Laskowskiego, utrzymując strzałami swoich czterech dział całą potężną flotę niemiecką w odległości uniemożliwiającej desant. Bateria Laskowskiego po 32 dniach skutecznej obrony zasłużyła na miano najcenniejszego polskiego zabytku militarnego. Zbigniew Przybyszewski został uwięziony w niemieckim oflagu, a jego żona Helena czekając z trzyletnią córeczką na koniec wojny i powrót męża uwieczniała codzienne dni w pamiętniku.

W końcu nadeszło wyzwolenie od niemieckich okrucieństw i Przybyszewski wrócił do Ojczyzny i do ukochanej Heleny. Został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, szybko awansował w odradzającej się Marynarce Wojennej, powierzano mu coraz wyższe stanowiska, wystawiano świetne opinie…

W 1950 r. został nagle zaaresztowany przez Informację Wojskową – czyli wojskową bezpiekę. Heleny nie powiadomiono nawet o fakcie aresztowania, dowiedziała się o tym dopiero po dłuższym czasie niepewności i strachu. Po dwóch latach nieustannych przesłuchań, tortur i bezprawnym procesie kapturowym wydano na niego wyrok śmierci. Przez cały ten okres Helena dostała z więzienia jeden jedyny list od męża – zezwolono na jego wysłanie dopiero po zakończeniu okrutnego, dwuletniego „śledztwa”. Helena i jej córka na wieść o wyroku napisały do Bieruta listy błagające o łaskę do męża i ojca. Na próżno – Przybyszewski był zbyt hardym oficerem ceniącym sobie honor ponad wszystko i dla komunistów nie rokował nadziei na skuteczne poddanie się stalinowskiej indoktrynacji.

16 grudnia 1952 roku komandor porucznik Zbigniew Przybyszewski został zamordowany w piwnicy więzienia strzałem w tył głowy. Helena pozostała z małoletnia córeczką, wysiedlono ją z wybrzeża, pozbawiono pracy, jej znajomi bali się utrzymywać z nią kontakty. Do końca jej życia w 1992 r, mimo formalnej rehabilitacji Przybyszewskiego w 1956 r., nie poinformowano jej   gdzie spoczywają szczątki jej męża, przez lata łudziła sie nawet – czy wyrok został na prawdę wykonany…

Dopiero w 2014 r. zidentyfikowano szczątki Zbigniewa Przybyszewskiego awansowanego pośmiertnie na stopień komandora. W 2017 roku zaplanowano na oksywskim cmentarzu Jego pogrzeb, wraz z zamordowanymi wraz z nim komandorami Mieszkowskim i Staniewiczem. Mam jednak poważne obawy co do dotrzymania tego terminu – gdyż żadne prace na cmentarzu dotychczas (16 lipca 2017 r.) nie ruszyły.

No ale wróćmy do helskiej ocalałej, wspaniałej topoli, rosnącej w najpiękniejszym zakątku Polski. Obecnie  ma ona obwód 4,05 m a wysokość 30 m.

Rada miasta Helu podjęła dnia 25 maja 2017 r. uchwałę Nr XXIX/169/17 która nadała tej  topoli – helskiemu pomnikowi przyrody imię „HELENA”. Ta nazwa upamiętnia postać żony naszego bohatera – Zbigniewa Przybyszewskiego, a także podkreśla tożsamość miejsca w którym rośnie – Helu.

Nasza topola góruje nad domami, góruje nad szlakiem wiodącym na Cypel patrzy na wszystko z góry, jak wiekowa królowa otaczającego ją krajobrazu. Atakowana nieustannie przez żywioły wyciąga do nieba suchy konar, jakby rękę wołającą o sprawiedliwość…

Dzięki wielkiej mobilizacji internautów organizowanej przez Urząd Miasta – topola Helena głosami 867 osób zdobyła w powszechnym głosowaniu tytuł „Drzewa roku 2017”.

Pod koniec XVIII wieku Francja uczyniła z topoli symbol wolności, równości,  braterstwa, rozumu. Niech więc topola „HELENA” stanie się symbolem takich właśnie wartości dla naszej społeczności helskiej.

p.s.
w końcu sierpnia 2-17 r. Urząd Miasta umieścił przy topoli tabliczkę informacyjną:

Topola Helena

 

 

 

VI 16 – Najpaskudniejsze centrum Helu

"centrum" HeluOgłoszono w Helu program zwiedzania „Miasto jak z pocztówki”. Tak chciałbym, żeby tak było, żeby urokiem Helu mógł się cieszyć każdy zwiedzający – ale nie mogę przemilczeć, że centrum naszego miasteczka……. tak! SAMO CENTRUM!!! – może wygrać każdy konkurs na najbardziej zaniedbane,  zapuszczone i smutne miejsce.
Nie piszę o tym bynajmniej po raz pierwszy – zapraszam do przeczytania wpisu z 2012 r.: „Historyjka o CENTRUM HELU„.

Samo centrum naszego „kurortu” to zachwaszczony plac poprzecinany wyboistymi drogami ziemnymi. Biegną przez niego dwa popularne szlaki  komunikacyjne: jeden z rejonu południowego Helu, z ul.Lesnej do kościoła, do Polo i na dworzec oraz drugi z ul.Wiejskiej przejściem 65 nad morze.

Setki ludzi bądź brodzi tu w tumanach kurzu, bądź omija chwastowiskami gigantyczne kałuże – zależnie od pogody. Do tego „centrum” prowadzi z Wiejskiej wąska, bezimienna uliczka. Mogłaby stać się pełnym uroku zaułkiem, którym chętnie spacerowaliby wszyscy, ale jest zapyziałym i zaśmieconym przejściem pomiędzy zaniedbanymi domami. Wejście do uliczki – i tak już wąskie jest notorycznie blokowane poszerzającym się „ogródkiem” restauracyjnym i przynależnymi do niego stojakami reklamowymi, zaparkowanymi rowerami itp. Czytaj dalej VI 16 – Najpaskudniejsze centrum Helu

V 8 – Refleksje po święcie końca wojny w Helu

Obchody święta zakończenia wojny wypadły w Helu blado, nie było wartowników pod pomnikiem, nie płonęły znicze, nie było salw honorowych. Były dzieci przyprowadzone z pobliskiej szkoły i ci dość nieliczni – którzy musieli. Sytuację nobilitowały nieco stojące przy pomniku historyczne auta z helskiej Wystawy Pojazdów Militarnych – Willis i Humvee.

Przedstawiciele pisu – tak afiszujący się przy innych uroczystościach – tutaj byli jakoś niewidoczni. No bo koniec wojny – cóż to szczególnego…

A przecież to jedno z najważniejszych świąt w naszej historii. To przypomnienie dnia gdy zakończyła się najstraszniejsza z wojen, która rozlała się na cały świat – trwająca 5 lat  II wojna światowa. Czytaj dalej V 8 – Refleksje po święcie końca wojny w Helu

IV 6 -Stara leśniczówka dożywa kresu.

Kolejne budowle Helu odchodzą w niepamięć. Wiosną 2016 r. zburzono mury przedwojennego kina wojskowego DAN przy bramie na Cypel, teraz świeżo zniknęła wojskowa wartownia na szosie na granicy Juraty – dawny wjazd do Rejonu Umocnionego Hel.

Kolejnym budynkiem, który przypuszczalnie zniknie jest stara leśniczówka leżąca pomiędzy kościołem a blokami. Mieszkańcy się wyprowadzili, budynek zmienił właściciela i przyjdzie się nam chyba z nim pożegnać. Cichy, skromny budynek schowany i widoczny praktycznie tylko z jednej stronie dożywa kresu swoich dni. Czytaj dalej IV 6 -Stara leśniczówka dożywa kresu.

IV 1 – Dwa helskie wraki – ciekawe miejsce do spacerów

Po czterech latach wracam do pisania na bieżąco (hmmm….) komentarzy o tym jak jest w Helu. Serdecznie witam CZYTELNIKÓW!  Moje komentarze – [ jak i te pisane w poprzednich latach ] – są całkowicie osobiste. Stare, ale aktualne do dziś komentarze będę starał się tu też opublikować.

Resztki kotła parowego
Ruiny kotła napędowego

Dziś 1 kwietnia – ale wpis jest serio. Pierwszy dzień prawdziwej WIOSNY do której od dawna tak tęsknię. Pojechaliśmy autem do wojskowego Ośrodka Wypoczynkowego Kormoran za Portem Wojennym – i stamtąd piechotą przez wspaniały las do Zatoki. Piękny widok Zatoki zepsuł nam nieco panujący tam smrodek – idąc dyskutowaliśmy, czy to ścieki z Kormorana, czy z Portu Wojennego czy gnijące na brzegu wodorosty. W prawo widać było w oddali widoczną z całego rejonu Zatoki „wieżę Jolki” – czyli wieżę zbudowaną w

ośrodku prezydenckim – jak głosi fama dla Jolanty Kwaśniewskiej. Czytaj dalej IV 1 – Dwa helskie wraki – ciekawe miejsce do spacerów